A chodź jedź do Turcji!

Tymi słowami koleżanka zaproponowała mi pracę w tym pięknym i egzotycznym kraju. Egzotycznym pod wieloma względami. Znajdziecie tu opowieść o tym, jak żyje się i pracuje w Turcji a także mnóstwo porad dla turystów, którzy zastanawiają się co ich tam może czekać.

środa, 16 listopada 2016

Deprem - czyli trzęsienie ziemi. Takie podwójne.


I tak właśnie plany regularnego pisania bloga zderzyły się z tureckim murem biurokracji i nieszczęść.

Mam nadzieję, że teraz już uda mi się pisać regularnie. Czuję wstyd, że tak zaniedbałam to miejsce. Jednak życie weryfikuje plany i oczywiście nie mieszkam nawet w mieszkaniu, które opisałam jako "już moje". Ale o tym może później, bo cała przygoda z szukaniem mieszkania, to opis co najmniej tak długi jak i dla was pewnie nudny.

Sprawy nie ułatwia zwalniany internet i blokowanie wielu social mediów w Turcji w związku z ostatnimi aresztowaniami liderów opozycji...



W czasie mojej nieobecności wiele się w moim życiu wydarzyło. Zdążyłam zmienić pracę (co nie jest takie łatwe w nieco ponad stutysięcznym, tureckim mieście), przeżyć pucz armijny, zderzyć się z biurokracją a nawet wylądować na posterunku policji.

Ale po kolei. Wszystko opowiem w swoim czasie. Obecnie leżę przeziębiona w domu, więc wreszcie mam czas na pisaninę.



Ostatnio kilku z moich znajomych zapytało mnie jak to jest u mnie z trzęsieniami ziemi. A ponieważ w zeszłym miesiącu zatrzęsło się w moim mieście tak konkretnie, postanowiłam temu właśnie tematowi dedykować pierwszy wpis po powrocie. W końcu sam mistrz Hitchcock mówił, że dobra historia zaczyna się od trzęsienia ziemi, a następnie napięcie ma rosnąć!



Trzęsienia ziemi w Turcji to codzienność. Ten ogromny kraj (trzy razy większy niż Polska), ulokowany jest pomiędzy aż trzema stykami płyt tektonicznych - Anatolijskiej, Euroazjatyckiej i Arabskiej. Oznacza to, że na terenie tego kraju lub w jego pobliżu znajdują się trzy aktywne uskoki tektoniczne, i sporo pomniejszych pęknięć. Właśnie z tego powodu praktycznie codziennie gdzieś w Turcji dochodzi do trzęsienia ziemi. W przeważającej większości są to oczywiście zdarzenia ledwie odczuwalne na poziomie 1 lub 2 stopni w skali Richtera. Z mojego doświadczenia wiem, że zauważalne przez człowieka są te powyżej 3 stopni.



W rejonie Turcji Egejskiej, gdzie obecnie mieszkam notuje się najwięcej trzęsień. Zazwyczaj jednak są one bardzo słabe. W ciągu ostatnich pięciu miesięcy ja wyłapałam tylko dwa odczuwalne wstrząsy, a największy w tym roku... przespałam!

Razem z moją współlokatorką wróciłyśmy po treningu do domu. Każda z nas przebiegła jakieś trzy lub cztery kilometry i oglądając film padłyśmy w objęcia Morfeusza. Następnego dnia nasze telefony pełne były wiadomości: "Czułaś to?!". Okazało się, że o 4 w nocy ziemia poruszyła się z siłą 4,5 stopnia! Obecnie jest już po "sezonie" na trzęsienia, głownie dlatego, że zdarzają się one częściej przy zmiennej pogodzie, kiedy skoki temperatury są na tyle gwałtowne, że powstają naprężenia w ziemi. Ale to oczywiście nie reguła.



Za poważne trzęsienia ziemi należy brać te zaczynające się od 5,5 w kali Richtera, gdyż takie powodują już spore zniszczenia. Na szczęście takiego nigdy nie poczułam i mam nadzieję, że nigdy nie poczuję!

No właśnie. A jak odczuwam trzęsienie ziemi, jak mogłabym to opisać?

Jako dziecko oglądając filmy katastroficzne zawsze myślałam, że trzęsie się w górę i w dół. Nic bardziej mylnego!

Przy dość odczuwalnym trzęsieniu mamy podobne uczucie jakbyśmy siedzieli na huśtawce. Nic nie trzęsie. Po prostu rzuca na boki jak na statku w czasie silnego wiatru.

Małe, krótkie trzęsienia z kolei dają wrażenia, jakby przez ziemię przebiegały dreszcze. Ziemia niczym pies po kąpieli otrząsa się z ludzi. Dziwne odczucia, nie mające nic wspólnego z tym, czym karmi nas Holywood.



Razem ze znajomymi, dla żartu nazywamy Kusadasi (tr. Wyspa Ptaków) inna nazwą: Depremadasi (tr. Wyspa Trzęsień), gdyż bliskość uskoku tektonicznego jest spora i to dość płytko pod ziemią, zaraz koło greckiej wyspy Samos oddalonej od mojego miasta o 3 km.



Co ciekawe, szacuje się, że co 80 lat Stambuł nawiedza silne trzęsienie ziemi. Naukowcy już od dawna prorokują, że do takiego w najbliższych latach może tam właśnie dojść po raz kolejny. Nie oznacza to jednak, że chcę kogoś nastraszyć.

Turcy głupi nie są, wiedzą jak budować, by nic nikomu na głowę nie spadło. Wielokrotnie widziałam place budowy. Budynki paluje się do skał, uzbraja się je jak Rambo na wycieczkę do dżungli, a żeby zachować elastyczność konstrukcji, parter jest oparty na filarach, bez ścian nośnych.

Oczywiście mówię tu o nowym budownictwie, czyli o budynkach nie starszych niż 15 lat. Reszta... no cóż. O tureckim Egreti pisałam kilka notek wcześniej...



Trzęsienia ziemi to rzecz do której należy tu przywyknąć. Nie zajmować sobie nią głowy na co dzień, ale znać plan postępowania na jego wypadek. Mieć spakowany mały plecak z niezbędnymi rzeczami w razie szybkiej ewakuacji, bo przy silnych wstrząsach lepiej z domu wyjść i poczekać pół godziny by upewnić się, że wstrząsy wtórne nie będą silniejsze. Lub po prostu przespać wszystko jak robią to tutejsi, przyzwyczajeni do rozbujanej litosfery autochtoni. Ot, kolejny element tutejszego kolorytu.

Jak na przykład, zeszłego miesiąca, gdy trzęsienie ziemi w rejonie Denizli doprowadziło do zniszczeń na terenie wpisanego na listę UNESCO antycznego uzdrowiska Hierapolis-Pamukkale. Przez kilka dni zamknięty był dla turystów antyczny Basen Kleopatry. Zdarza się, dzień jak co dzień!



Dla tych, którzy lubią być dobrze poinformowani polecam aplikację Earthquake Alert na Androida, która na bieżąco rejestruje trzęsienia ziemi notowane przez USGS (United States Geological Survey), czyli Amerykańską Służbę Geologiczną. Można na bieżąco śledzić gdzie i jak w Turcji (i nie tylko) się zatrzęsło.



I taka prośba na koniec. Jeśli macie jakieś pytania, jesteście czegoś na temat Turcji ciekawi i chcecie, żebym coś opisała - zapraszam do komentowania! Postaram się pisać przynajmniej raz na tydzień.

czwartek, 16 czerwca 2016

Nie jestem bezdomna, czyli o szukaniu mieszkania w Turcji.


Jest już ciepło. Gorąco. Upał.


"Çok sıcak!" Głównie to wypowiadane zdanie słyszę z ust klienteli ulicznych kawiarenek i barów.

Idę ulicą na której trzeba uważać, żeby nie oberwać pomarańczą w głowę. Właśnie dojrzewają one na przydrożnych drzewach.


Gdzieś czytałam, że spadające kokosy zabijają więcej ludzi rocznie niż rekiny. Ciekawe jak w tych statystykach wypadają pomarańcze.

Już widzę te nagłówki w szmatławcach: "Śmiercionośna turecka pomarańcza raniła Polkę"!

Cytryną już raz oberwałam. Znaczy cytryna się oberwała z drzewka i uderzyła mnie w ramię. Nigdy nie podejrzewałam cytrusów o złe zamiary, ale chyba zacznę się wystrzegać witaminy C, która przy udziale grawitacji podawana jest wprost na głowę.


Ale dziś nie o tym chciałam napisać.

Przeprowadziłam się do Turcji. Na spontana, w iście wariackim stylu. "Jest fajna praca". Tyle usłyszałam przez telefon i to wystarczyło. W ciągu dwóch dni byłam spakowana i gotowa do podróży do Monachium. Tam na dwa dni zatrzymałam się u znajomych, by odwiedzić dobrze mi znane miasto i złapać tani lot do Izmiru. Razem z moją koleżanką kupowałyśmy bilety na mniej niż 24 godziny przed odlotem samolotu. Sprzedawał nam je bardzo miły chłopak, który musiał uznać nas za wariatki. W końcu kto kupuje bilety lotnicze na spontana, tylko w jedną stronę, na 30kg bagażu i to jeszcze do Turcji!


Ale wszystko się udało!


No może nie do końca tak jak to sobie planowałam, ale mam dach nad głową, pracę w tureckim korpo (o samym korpo zrobię osobny wpis!) i jestem pozytywnej myśli co do mojej przyszłości!

W poprzednim wpisie - takim "zajawkowym" obiecałam, że opiszę swą przygodę z poszukiwaniem mieszkania. I to szukaniem na spontan style.


Jeszcze będąc w Polsce zaczęłam przeglądać oferty mieszkań do wynajęcia w Kusadasi. Na jednej z najpopularniejszych stron (Sahibiden), ogłoszeń było multum - stąd razem z moją współlokatorką wysnułyśmy wniosek, że wynajęcie mieszkania to pikuś. Pełne pozytywnej myśli umówiłyśmy się z naszą przyjaciółką Meryem, że maksymalnie dwa, może trzy dni przekoczujemy u niej w mieszkaniu. Tylko na czas szukania dachu nad głową.

Życie szybko zweryfikowało nam te plany! Pierwszego dnia byłyśmy zmęczone lotem a z lotniska wyjechałyśmy po 19:00. Z tego też powodu, jak każdy odpowiedzialny człowiek, postanowiłyśmy wziąć prysznic i pójść na imprezę ze znajomymi :)



Witaj Kusadasi! Widok z baru "The Roof".









Dopiero na następny dzień chwyciłyśmy za telefony by poumawiać się na oglądanie upatrzonych mieszkań. Większość z interesujących nas ogłoszeń było już nieaktualnych. W końcu zaczął się sezon turystyczny i mieszkania rozchodzą się jak ciepłe bułeczki. Takie z rodzynkami, bo drogie! Szybko się okazało, że w Turcji w ogłoszeniach nie podaje się wszelkich ukrytych opłat. Odstępne, kaucja (nieraz w wysokości trzech opłat czynszowych!) oraz prowizja dla agenta nieruchomości.

Około 90% mieszkań na rynku jest oferowana przez agencje. A to znowu boli po kieszeni. Szybko obliczyłyśmy, że same tylko te opłaty, to w pierwszym miesiącu koszt około 5000 lirów! To ponad 6000 złotych! Cóż, Turcy zbyt często traktują mnie, yabanci jak chodzący banknot euro!

A przecież wcale nie miałam takich wielkich wymagań! Mieszkanie w centrum miasta. Względnie nowe a przynajmniej wyglądające tak, że nie zapadnie się przy najbliższym trzęsieniu ziemi. Z w miarę wyposażoną kuchnią. Mieszkanie miało mieć dwa pokoje, czystą łazienkę i być umeblowane tak, by nie przypominało skansenu. Jedno z oglądanych przeze mnie mieszkań wyglądało jak turecka cepelia. Wszędzie serwetki, stare meble pozbierane na zasadzie "im bardziej kolorowo, tym lepiej", i dywany. Wszędzie pstrokate dywany. Tak, w kuchni też!

Tak więc dwa dni bezowocnych poszukiwań minęły, jedyne co zyskałam to bolący kręgosłup od spania na salonowej sofie i potężne uczucie paniki na myśl o byciu bezdomnym. Trzeba było podjąć radykalne środki i samemu "pójść w miasto" szukając znaków "KIRALIK" w zaakceptowanych przez nas dzielnicach. Oglądałyśmy takie nory, że komuś powinno być wstyd, że chce to wynajmować.

Mieszkanie do wynajęcia.











Byłyśmy coraz bardziej zdesperowane, agenci nieruchomości coraz bardziej wkurzający, bo obwozili nas wszędzie w nadziei na zysk. Nawet niespecjalnie się przejmując, że pokazywane mieszkania nijak nie pasują do naszych kryteriów. Czy to liczbą pokoi, czy położeniem.

W takich chwilach załącza mi się czarny humor. Nawet zaczęłam żartować, że powinnyśmy wynająć coś na osiedlach typu İkiçeşmelik lub Wzgórze Ataturka. Są to bardzo niebezpieczne miejsca, gdzie mieszka konserwatywna, często imigrancka i raczej biedna część miasta. I choć pewnie takie gecekondu (dom wybudowany bez uprawnień, coś jak nasze slumsy czy inne bieda-domy) mogłoby być tanie i z całkiem niezłym widokiem, to po zmroku musiałabym tam chodzić chyba z dzidą :D

W końcu z ogłoszenia wypatrzonego na słupie udało mi się znaleźć ładne miejsce. Co prawda był to pansyion, ale za to czysty w dobrej okolicy a właścicielką była naprawdę miła Niemka. Już już miałyśmy tam wieźć swoje bagaże, wiedzione wizją czystej pościeli i normalnych łóżek, gdy kolega robiący za naszego kierowcę zaprotestował.

Okazało się, że miejsce to mu jest znane, gdyż często są tam różnego rodzaju burdy, podobno nawet policjanci wynajmują tam pokoje "na godziny". Chciało mi się płakać. Wizja normalnego noclegu wzięła się i wyszła nawet się nie żegnając.

Na szczęście kolega ten stanął na wysokości zadania, uruchomił swój telefon, zaangażował pół rodziny (jego tata jest imamem, więc ma sporo znajomości) i udało nam się! Za śmieszne pieniądze, "po znajomości" mamy fajne mieszkanie w jednym z dwugwiazdkowych hoteli w centrum. Ok, nie ma kuchni. Ale jest cudowny basen i miły właściciel. Da się przeżyć choćby i miesiąc!

W międzyczasie wszyscy moi tureccy znajomi zaangażowali się w poszukiwania nam odpowiedniego mieszkania. No i udało się! Od przyszłego miesiąca wynajmujemy od znajomego, za śmieszne pieniądze mieszkanie przy głównej ulicy miasta. Pięknie wyremontowane, nowiutkie i z tarasem na dachu o wielkości reszty mieszkania. Jest tam też grill, leżaki i cudowny widok na całe miasto. Tylko mebli brak, więc czeka mnie ich zakup. Ale z tym już sobie damy radę mam nadzieję :).

czwartek, 2 czerwca 2016

Żyję, czyli o tym, jak to jest przeprowadzać się na inny kontynent...

Znowu miesiąc milczenia z mojej strony. Ale znowu mam dobry powód - przeprowadziłam się tym razem już na stałe (mam nadzieję) do Turcji. W ciągu najbliższych 2-3 dni na pewno opiszę moją historię szukania mieszkania. Będzie się działo, bo opowieść jest długa, zawiła i ma kilka zwrotów akcji z których teraz się śmieję. Bo wcześniej to było raczej mi nie do śmiechu.

niedziela, 24 kwietnia 2016

W tym szaleństwie jest metoda – czyli o kulturze jazdy samochodem w Turcji.


Gorąca krew Turków gotuje się w żyłach zawsze, gdy siadają za kółko. Typowe dla południowców zachowania podczas jazdy samochodem nie są im obce. Przepisy drogowe mówią jedno – Turcy robią drugie. Dla obcokrajowca pierwsza wizyta w Turcji, pierwszy raz za kółkiem to spore wyzwanie, szok kulturowy i czasem zawał serca. Oto kilka rzeczy, które musicie wiedzieć zanim zdecydujecie się na prowadzenie samochodu w Turcji:

Warto wiedzieć, że do całkiem niedawna (lata '80) w Turcji wystarczyło zdać teoretyczny egzamin by otrzymać prawo jazdy. Obecnie już jest trudniej – trzeba zaliczyć 30 godzin teorii i kilkanaście jazd praktycznych a egzamin ma już dwie części.

Jednak kiedy rozmawiam z moimi rówieśnikami (czyli ludźmi powyżej lat 25), bardzo często okazuje się, że mają oni prawo jazdy, ale samochodu prowadzić nie umieją i nie chcą. Po części dlatego, że wyszli z wprawy – samochody w Turcji są dużo droższe niż w Europie i mało kogo stać na jego kupno na początku samodzielnego życia. Modzi ludzie poruszają się głównie motorami – dużo tańszym środkiem transportu – ale więcej o tym w dalszej części tekstu.



Znaki drogowe. Traktowane są w Turcji jako sugestia. Stosuje się do nich "mniej więcej", czyli zgodnie z własnym widzimisię i nastrojem. Zarówno tych pionowych jaki i poziomych jest znacznie mniej niż w Europie. Głównie są to znaki stopu albo w Tureckiej wersji: DUR. Ograniczenia prędkości? Jeśli znaki nie mówią czegoś innego, to w terenie zabudowanym należy się poruszać 50km/h w mieście a poza nim 90km/h. Na drogach ekspresowych możemy być szybsi, w tym przypadku będzie to 120km/h.

Tyle mówi teoria. Praktyka wygląda tak, że jedzie się najszybciej jak się da (zazwyczaj w granicach zdrowego rozsądku) inaczej spotkać nas może drogowy ostracyzm. Jadąc przepisowo narażamy się na gniew tureckich kierowców – miganie długimi światłami i ponaglaniem dźwiękami klaksonu.

Jak szaleni są kierowcy w tym kraju, niech powie fakt, że jednym z pierwszych wyrazów po turecku, których się nauczyłam było: yavaş, czyli wolniej. Czasem obowiązkiem pilota było temperowanie szalonej jazdy naszych kaptanów, czyli kierowców autobusów. Głównie wtedy, gdy moi turyści zaczynali wyglądać na zaniepokojonych, gdyż ja szybko przywykłam do tureckiego sposobu prowadzenia i tylko na prawdę egzotyczne manewry wywoływały mój niepokój. Mam nieodparte wrażenie, że każdy kaptan to emerytowany kierowca rajdowy...

Jeden z moich kaptanów celował w iście kaskaderskim numerze. Wspomniany kilka postów wcześniej Yaşar lubił się popisywać i potrafił pięćdziesięcioosobowym potworem wjechać w automatyczne bramki autostrady z prędkością 90 km/h. Co jak co, ale wszystkim kierowcom autobusów z którymi jeździłam muszę oddać, że są fachowcami i świetnymi kierowcami. Potrafili wjechać, nawrócić i wyjechać z miejsc tak wąskich, że ja miałabym problem wykonać takie manewry w samochodzie osobowym!



Na zdjęciu: korek na wyjeździe z Izmiru spowodowany drobną stłuczką.

Wspomniałam już o klaksonie. Dzień bez użycia go, to dla tureckiego kierowcy dzień stracony. Trąbi się właściwie przy każdej okazji. By kogoś pogonić, by kogoś poinformować że zamierzamy go wyprzedzić, gdy stoimy w korku.

Zawodowi kierowcy mają cały system tajemnych znaków. Do ich dyspozycji i to w frywolnej konfiguracji jest cała paleta świateł, także kierunkowskazów, klakson a ostateczności krzyk.

Pracując jako pilot wycieczek, spędzam dużo czasu w autobusach i na początku swojej przygody z tą pracą bardzo się dziwiłam tym skomplikowanym znakom. Część z nich udało mi się rozszyfrować. I tak na przykład pojazd jadący na światłach awaryjnych próbuje powiedzieć "jestem tu nowy, nie wiem co zrobię ale spodziewajcie się wszystkiego". Szybkie włączanie świateł długich przez mojego kaptana, oznaczało że zamierza wykonać jakiś znaczniejszy manewr jak wyprzedzanie lub zatrzymanie przed światłami – czyli sygnał z grubsza o treści "brace yourself!".



Kierunkowskazy. Są jak mi się zdaje w tym kraju opcjonalne i mam wrażenie, że ich używanie jest zarezerwowane do rzeczy dużo poważniejszych, niż informowanie innych użytkowników ruchu o swoich zamiarach zmiany pasa, czy skrętach. Trzeba pamiętać o tym, by zachowywać czujność i bezpieczną odległość na drodze.

Istnieje nawet taki żart, że jeśli włączysz kierunkowskazy na tureckiej drodze, to wszyscy będą starali ci się pomóc, bo będą myśleli, że działa Ci tylko jedna strona świateł awaryjnych.



Egzotycznie zrobi się także, gdy wjedziemy do miasta. Choćby taki ruch na rondzie. W Turcji pierwszeństwo mają ci wjeżdżający na rondo!

I tu słówko na temat pierwszeństwa. Zdarzyć się może, że pierwszeństwo będzie rozpatrywane na zasadzie "prawa dżungli". Wygrywa największy, najgłośniej trąbiący, czasem najbardziej bezmózgi i wymuszający macho. Jeśli jesteś kobietą, do tego yabanci – jesteś na końcu łańcucha pokarmowego tureckich użytkowników dróg. Wielu będzie próbowało Cię sprawdzić i wymuszać na Tobie pierwszeństwo. Będziesz musiała mieć większe cojones niż reszta, by nie stać wieczności na krzyżówce.



Teoretycznie na światłach powinno być lepiej, prawda? Niekoniecznie! Większość świateł w Turcji jest wyposażona w wyświetlacze odliczające czas zmiany świateł. Można być pewnym, że jeśli stoimy jako pierwsi na światłach, już na dwie sekundy przed zmianą światła z czerwonego na pomarańczowe znajdzie się osiołek, który będzie nas ponaglał do ruszenia. Oczywiście klaksonem.



Turcy w swych pojazdach zawsze się spieszą, szkoda czasu na wolną jazdę. No, chyba, że spotkamy na drodze znajomego! Nierzadki to widok, gdy dwa samochody jadące z przeciwnych kierunków zatrzymają się przy środkowej linii, a kierowcy wychodzą na krótką pogawędkę. Reszta kierowców mija tak zaparkowane auta oczywiście używając klaksonu, ale na nikim wrażenia to nie robi. Nieraz takie "towarzyskie parkowanie" widziałam na... autostradach!

Normalnym jest też, że mój kaptan postanawia pogadać ze spotkanym gdzieś przypadkiem kolegą z firmy. Wtedy dwa wielkie, pięćdziesięcioosobowe autobusy blokują jedyne dwa pasy ruchu. Oczywiście, zaraz rozbrzmiewają klaksony, ale ponieważ kaptanowie mają największe pojazdy w okolicy niewiele sobie z tego robią – w końcu muszą sobie tyle powiedzieć!



Fantazja nie opuszcza Turków także w przypadku parkowania właśnie. Parkowanie tuż za rondem? Czemu nie? W środku ronda, na kole? Też niegłupio! Policja interweniuje tylko, gdy zaparkowany samochód przeszkadza płynności ruchu. Inaczej nie robiłaby nic innego jak ścigała samochody zaparkowane "średnio dobrze".

Z tego też powodu krawężniki w Turcji są wysooookie. Pozwala to być pewnym, że żaden z parkingowych łosi nie zastawi pieszemu jedynej drogi po której ten może się w miarę bezpiecznie poruszać. Zapobiega też niebezpiecznym i niezwykle popularnym w tym kraju manewrom, takim jak zawracanie w niedozwolonym miejscu, wyprzedzanie "na trzeciego" i jazda pod prąd.



Myślałby kto, że pieszy ma jednak prostsze życie. Nic bardziej mylnego! W Turcji Pieszy ma jedno prawo. I jest to prawo do ucieczki! Kierowcy dość logicznie w ich mniemaniu rozumują, że pieszy ma krótszą trasę zatrzymania, więc tak jest łatwiej. Przechodzenie przez pasy nie różni się w stopniu ryzyka od przechodzenia drogi w każdym innym miejscu. Dlatego też piesi przechodzą drogę gdzie się da.

Pamiętam, że po powrocie do Polski kilka razy złapałam się na planie przejścia drogi "gdziebądź". Z kolei moich Tureckich znajomych łapałam za ubrania w ostatnim momencie, zanim nieuważnie próbowali przekroczyć drogę. Dla nich abstrakcją jest dostać mandat za coś tak błahego. I jest to prawdą, pamiętam jak zaskoczona byłam w pierwszych dniach mojego pobytu w Turcji, jak koleżanka przeprowadziła mnie na drugą stronę ulicy przez sam środek ronda... na oczach policji!



Wspomniałam też o wszędobylskich motorach i skuterach. Ze względu na ich niższe ceny i małe spalanie jest to środek komunikacji często wybierany przez młodych. Szacuje się, że ponad połowa kierowców jednośladów w Turcji nie ma odpowiednich uprawnień do ich prowadzenia. Dlatego to właśnie motory są według mnie największym zagrożeniem na drogach. Tak na prawdę to jedyny poważny wypadek w którym brałam udział został spowodowany właśnie przez kierowcę motoru.

Nawet jeśli policja złapie delikwenta bez prawa jazdy, niewiele może zrobić, by powstrzymać go w przyszłości od ponownego złamania prawa. Konfiskata pojazdu i duża suma mandatu powoduje, że prościej za tą sumę kupić nowy motor niż płacić mandat, by odzyskać stary motor.

Kolejną ciekawą sprawą jest zjawisko, które ochrzciłam mianem Tureckiego Tetrisa. Ile osób zmieści się na motocyklu? Dwie? Amatorzy! Na motocyklu zmieści się facet, jego żona, dwójka ich dzieci i cała masa siatek z zakupami z Kipy (tureckie Tesco)!

Za szczyt tureckiej fantazji motocyklowej uznaje pewnego pana spotkanego na rondzie w Selçuku. Jadąc na motocyklu w jednej ręce trzymał komórkę prowadząc z kimś ożywioną dyskusję, w drugiej ręce trzymał papierosa i kierownicę. Całości smaczku nadawał fakt, że jego pleców uczepiony było na oko dziesięcioletni dzieciak. Turkish multitasking!

Oczywiście, o kaskach motocyklowych też mało kto słyszał. Częściej widzi się je dyndające w czasie jazdy na kierownicy niż na głowach podróżnych.



Skoro jesteśmy już przy środkach bezpieczeństwa to trzeba wspomnieć o tym, że rzadko kto zapina w Turcji pasy bezpieczeństwa. Tak samo w przypadku fotelików dziecięcych. Zwykle małe dzieci podróżują na kolanach matki siedzącej na fotelu pasażera! Ciężko mi powiedzieć, czy to dlatego, że większość Turków jest zwyczajnie nieodpowiedzialna, czy nie widzą takiej potrzeby.



Jest jeszcze jeden ważny temat, który chciałam poruszyć, a który ma wpływ an komfort poruszania się po tureckich drogach. Ramazan, czyli turecki Ramadan. Święty miesiąc muzułmanów, podczas którego poszczą oni od świtu do zmierzchu. W tym roku przypada on na okres pomiędzy 6 czerwca a piątym lipca. W tym czasie należy być jeszcze uważniejszym na drogach. Prakatykujący muzułmanie mogą być nerwowi, zmęczeni i mieć obniżoną koncentrację. Zwłaszcza wieczorem, po całym dniu postu, spieszą się do domu na uroczystą kolację i jak zawsze ignorują wszystko to, co może im ten powrót spowolnić.



Mimo wielu niedogodności nadal uparcie twierdzę, że w tym szaleństwie jest metoda! Ruch w Turcji dzięki ograniczonym prawom pieszych jest płynniejszy, zwłaszcza w mieście. Zazwyczaj kierowcy jeżdżą wykazując się zdrowym rozsądkiem. Jak powiedział mi mój turecki kolega: "Samochód kupiłem po to, by oszczędzać czas, jaki jest więc sens jazdy powoli?". Sięgnęłam do statystyk z 2015 roku i jak się okazuje ilość wypadków śmiertelnych na drodze na 100 000 mieszkańców w Turcji wynosi 8,9 a w Polsce 10,3! Wychodzi na to, że Polska jest niebezpieczniejsza.

Na pewno ma na to wpływ jakość dróg. Te w Turcji są ogólnie w lepszym stanie (bo niestety drogi osiedlowe są tragiczne), jest dużo więcej autostrad i dróg szybkiego ruchu. Klimat także jest przyjaźniejszy niż w Polsce, na znacznym obszarze nie ma zimy i zagrożeń wynikających z niej.



Oczywiście, jak to w Turcji o bezpieczeństwo na drogach dba się też od strony duchowej. Każdy kierowca uzbrojony jest w całą armię nazarów (nazar boncuğu), czyli amuletów zwanych też Okiem Proroka, które mają strzec kierowcę i pojazd. Dodatkowo można znaleźć napisy: "Allah Korsun" (wszystko w rękach Allaha) i "Maşallah" (niech Allach strzeże) w formie naklejek.

I jak tu się dziwić, że mając taką ochronę, kierowcy szaleją na tureckich drogach? :)

niedziela, 17 kwietnia 2016

Harem Topkapı i sprawy organizacyjne.


Harem Pałacu Topkapı - czy jest inne takie miejsce w Turcji, które tak mocno intrygowałoby zachodnich turystów?

Miejsce owiane mgłą tajemnicy, przeniknięte zapachem orientu i doprawione szczyptą pikanterii od zawsze stanowiło obiekt fascynacji. Popularność tego miejsca wśród polskich turystów wzrosła jeszcze bardziej po emisji w serialu "Wspaniałe stulecie", który opowiada o losach sułtana Sulejmana Wspaniałego. Ten barwny serial, którego akcja rozgrywa się w XVI wieku ukazuje życie w haremie pałacu Topkapi. Błędem jest jednak czerpanie informacji o haremie tylko na podstawie tego serialu lub upowszechnionych stereotypów. Czym więc harem tak na prawdę był?


Cztery Podwórce i Harem.


Nazwa Harem wywodzi się od arabskiego słowa harram oznaczającego miejsce zakazane. I to nie tylko w pałacach. W dawnych czasach każdy muzułmański dom podzielony był na reprezentacyjną strefę dla gości - selamlik oraz na pokoje rodzinne - harem. Tak samo było w przypadku pałacu. Dwa pierwsze podwórce były dostępne dla prawie każdego, kolejne dwa oraz harem tylko dla sułtana i jego rodziny.

W przypadku Pałacu Topkapi harem więc, jest zespołem zabudowań, będącym miejscem zamieszkania sułtana, jego rodziny, konkubin, sióstr i córek. . Błędnym jest zatem myślenie, że jest to po prostu miejsce uciech sułtana. Harem to skomplikowana, silnie zhierarchizowana społeczność, mająca zapewnić męskich potomków i ciągłość rządów rodu Osmanów.


Matka zawsze rację ma.


Na czele haremowej hierarchii zawsze stała matka sułtana - Valide Sultan. To ona organizowała życie haremu i troszczyła się o jego sprawy. Posiadała ogromną władzę i wpływ na sultana, mogła nawet rozkazywać Wielkiemu Wezyrowi. Trzy z pośród valide na przestrzeni dziejów rządziły nawet całym Imperium jako regentki. Wszystkie konkubiny i żony marzyły o zostaniu matką sułtana i osiągnięciu najwyższej pozycji społecznej w haremie.

Zaraz za valide najważniejsze w haremie były żony sułtana zwane Baş Kadın Efendi a wśród nich prym wiodła Baş Haseki - matka pierwszego, męskiego potomka sułtana. Otaczana największymi względami, często typowana na następną Valide.

Pozostałe matki sułtańskich dzieci nazywane były İkballer i były kolejnymi żonami. Sułtan zazwyczaj miał ich od czterech do siedmiu. Żoną sułtana mogły zostać tylko te kobiety, które przeszły na Islam i urodziły męskiego potomka.

Gedikli Kadınlar - inaczej zwne prywatnymi służkami sułtana, do ich obowiązków należało między innymi pomoc w kąpieli sułtana, do tego grona trafiały najbardziej doświadczone dziewczyny.

Odalisk - czyli Faworyty to ulubione, najpiękniejsze konkubiny sułtana. To spośród nich wywodziły się matki przyszłych sułtanów. Przysługiwało im więcej przywilejów niż pozostałym w hierarchii konkubinom.

Gözde - czyli pozostałe konkubiny sułtana liczące na przyciągnięcie jego uwagi i podniesienie swojego statusu w haremie.

Cariyeler - haremowe służące. Jeśli były dość pojętne w nauce, najzdolniejsze i najpiękniejsze z nich awansowały do statusu Gözde.

Na złożony system społeczny haremu składali się też Czarni Eunuchowie pełniący rolę służących, wykastrowani mężczyźni. Byli to porwani w Abisynii i Sudanie mali chłopcy, którzy następnie pobierali nauki w pałacowej szkole. Ich głównym zadaniem było pilnowanie porządku na terenie haremu i pilnowanie niewolnic.


Z niewolnicy w sułtankę.


Bardzo często turyści zadają mi pytania dlaczego sułtan na swe żony wybierał niewolnice pochodzące nieraz z odległych krajów. Powodów jest kilka:

Po pierwsze, wprowadzono w ten sposób "świeżą krew" do linii Osmanów. Wystarczy zobaczyć co działo się na dworach europejskich, gdzie wiele związków graniczyło z kazirodztwem. Skutkiem były wady genetyczne i choroby w liniach monarszych - jak choćby hemofilia nękająca męskich potomków domu Romanowów.

Po drugie, był to świetny zabieg polityczny. Żaden z ważnych, wysokich rodów nie mógł "wżenić" się w rodzinę sułtana i dzięki temu stosować wobec niemu jakichkolwiek nacisków lub wpływów. Wykluczało również walkę wysokich urzędników i rodów o możliwość zostania rodziną sułtana. Jednocześnie wielką nagrodą i dowodem zaufania było, gdy sułtan dawał swemu urzędnikowi jedną ze swych sióstr za żonę.

Trzeba też wiedzieć, że sam harem miał za zadanie kształcić wszystkie kobiety w nim mieszkające. Uczono je czytać i pisać po turecku, sztuki osmańskiej, śpiewu i tańca. Kobiety które nie przypadły do gustu sułtanowi, były oddawane za żony dworzanom i urzędnikom, w ten sposób szerzyły kulturę pałacową w domach swych mężów.


Mężczyźni w Haremie.


Jedynymi mężczyznami, którzy mogli poruszać się swobodnie po Haremie byli Czarni Eunuchowie. Czarnoskórzy niewolnicy, porywani w dziecięcym wieku z terenów Afryki. Poza eunuchami do haremu inni mężczyźni nie mieli wstępu. Jedynym odstępstwem byli Strażnicy Alkowy. Specjalna jednostka, pilnująca życia sułtana w czasie, gdy przebywał on w Haremie. Uniformy tych strażników posiadały bardzo wysokie, sztywne kołnierze, które uniemożliwiały im zbytnie rozglądanie się po pałacu. Gdy zapowiadano pojawienie się kobiet, obowiązkiem Strażników Alkowy było schowanie wzroku za kołnierzem, tak by nie zobaczyć żadnej z kobiet sułtana.


Harem mosty buduje.


Jak potężną i ważną instytucją był Harem, można się przekonać, gdy poznamy historię Mostu Galaty. Pierwszego mostu w Stambule, który połączył ze sobą brzegi cieśniny Złotego Rogu już w 1836 roku. Chodziło o to, by sułtan Abdulmecid I mógł sprawnie przemieszczać się pomiędzy swoją nową siedzibą w Pałacu Dolmabahçe a haremem, który jeszcze przez jakiś czas znajdował się w Pałacu Topkapı.

Ostatnie kobiety opuściły harem w 1908 roku, wraz z końcem Imperium Osmańskiego. W tym miejscu chciałabym zainteresowanym czytelnikom polecić bardzo dobrą książkę na ten temat. "Ostatni Harem" Peter'a Prange'a nie jest książką historyczną. Raczej powieścią rozgrywającą się na tle ostatnich dni haremu i opowiadającą o dalszych losach dwóch jego mieszkanek. Książka wiernie oddaje realia epoki i przybliża czytelnikowi sposób funkcjonowania haremu u jego schyłku.


Haremy ostatecznie zostały zdelegalizowane po proklamowaniu Turcji republiką. Przetrwała tylko ich legenda, jak już wiecie niekoniecznie prawdziwa.


NOTKA ORGANIZACYJNA:

Niestety, mały przestój na blogu to absolutnie moja wina. Przez ostatnie dwa tygodnie zajęta byłam głównie pakowaniem się, rozpakowywaniem i ponownym pakowaniem. Na prawdę nie wiem jak to robię, ale moja przeprowadzka była dziwnym i skomplikowanym logistycznie zabiegiem. Cztery wieeelkie torby i siodło. Tak, siodło. Takie na konia.

A ponieważ jestem dziwna i lubię nie spać, z radością dołożyłam sobie kolejne obowiązki. Tym razem moderatora i autora tekstów na stronie Turcja w Sandałach! Fajnie będzie się dzielić także informacjami historycznymi w innym miejscu, bo jednak uważam, że ten blog powinien mieć lżejszą tematykę. Mam nadzieję, że teraz znajdę więcej czasu na pisanie i pracę nad swoim tureckim.

Zastanawiam się też nad zaczęciem serii recenzji książek (historycznych, obyczajowych) na temat Turcji. Co WY o tym myślicie?

poniedziałek, 21 marca 2016

Czy w Turcji jest bezpiecznie?


Czy w Turcji jest bezpiecznie? Co z moimi wakacjami? Rezygnować z wakacji w Turcji?

Pytania które powracają do mnie niczym bumerang. Mimo, że inne blogi i fora o tureckiej tematyce rozpisują się na ten temat już od jakiegoś czasu, kilka osób chce poznać też moje zdanie w tej kwestii. Ponieważ temat ten jest bardzo rozległy, zahacza o politykę wewnętrzną, sytuację krajów ościennych i wiele innych czynników, dlatego postanowiłam najważniejsze zagadnienia opisać w punktach.


1. Część zamachów bombowych w Ankarze, zostało zorganizowanych przez PKK. PKK to inaczej Partia Pracujących Kurdystanu. Ruch separatystyczny mniejszości narodowej (nazywany także organizacją terrorystyczną), jaką są Kurdowie, pragnący utworzenia swojego kraju na wschodnich terenach Turcji. PKK nie atakuje miejsc turystycznych, gdyż Kurdom zależy na pomocy i wstawiennictwie Zachodu. Zbyt wiele mają do stracenia, by wymierzać swe ataki w stronę zagranicznych gości. Ostatnie zamachy zorganizowane przez bojowników PKK mają związek ze świętem Nevruz - czyli tradycyjnie obchodzonym przez nich nowym rokiem. Przypuszczalnie wraz z jego końcem ustaną także nasilone akcje PKK.


2. ISIS, czyli Państwo Islamskie. Grupa oszołomów, która pod pretekstem nadinterpretacji religii Islamu bawi się w terroryzm. Dla odmiany oni są realnym zagrożeniem. Niestety, po wydarzeniach z Paryża widać wyraźnie, że są zagrożeniem nie tylko w Turcji, ale i w całej Europie. Nigdzie nie można się w tej chwili czuć bezpiecznym w stu procentach. Dotyczy to całej Europy - od stolic państw po nadmorskie kurorty. Jak wiemy, ISIS groziło już atakami Hiszpanii, Grecji, Włochom - krajom do których także bardzo często udajemy się na wypoczynek.


3. Tureckie Służby Bezpieczeństwa i Armia (tur. Türk Silahlı Kuvvetleri). Turcja ma drugą co do wielkości armię w strukturach NATO oraz ósmą co do siły militarnej na świecie. Liczbę żołnierzy szacuje się na blisko 630 tysięcy. Pozwala to na na prawdę dobrą kontrolę bezpieczeństwa w Turcji. Trzeba do tego dodać Policję (Polisi) i Żandarmerię (Jandarma), służby te dobrze widać w miejscowościach turystycznych. Pilnują one porządku a często też przeprowadzają kontrolę autobusów turystycznych (w zeszłym roku miałam trzy takie kontrole).


4. Wielkość powierzchni kraju. Turcja ma powierzchnię 783 562 km² czyli jest prawie trzy razy większa niż Polska. To, co się dzieje na wschodzie kraju nie ma bezpośredniego wpływu na sytuację na zachodzie, gdzie znajdują się wypoczynkowe kurorty.
Tak samo wydarzenia w Ankarze są oddalone od najbliższych kurortów o prawie 600 kilometrów. To prawie taka sama odległość jak między Gdańskiem a Krakowem! Turcja jest powierzchniowo ogromnym krajem! Można nawet pójść dalej – Stambuł to jedno z największych miast świata ze swoimi czternastoma milionami mieszkańców (nieoficjalnie mówi się o prawie 16 milionach). Dla przypomnienia – populacja całych państw takich jak Szwajcaria (8 milionów) czy Czechy (10 milionów) jest mniejsza od mieszkańców jednego miasta! Tak więc jeśli w Stambule dochodzi do niebezpiecznych wydarzeń, to głównie dlatego, że bardzo trudno jest w tak gęsto zamieszkanych miejscach utrzymać porządek i ład społeczny. Nie oznacza to jednak, że mniejsze miejscowości turystyczne posiadają taki sam stopień zagrożenia i infiltracji przez terrorystów jak Stambuł.


5. Minusy wyjazdu do Turcji wszyscy już znają. Ale są też plusy:


-ceny - promocyjne ceny wyjazdów to świetna okazja, żeby oszczędzić! I to zarówno na samym pobycie jak i na wycieczkach oraz codziennych zakupach. Mniej turystów to większa walka o klienta, także ta cenowa.
-mniej turystów to również mniejszy tłok w miejscach wartych zobaczenia. Jak już pisałam, nic tak nie wkurza jak parasol Azjaty na wysokości oczu, gdy próbuje się podziwiać uroki Pamukkale lub piękno starożytnego Efezu.
-mniej ludzi na plażach i w hotelach. Chyba nikogo nie muszę przekonywać, że brak walki o basenowe leżaki to duuży plus.

4. Nie dajmy się zwariować! Zagrożenie jest realne, ale przy zachowaniu pewnych środków bezpieczeństwa można się w Turcji cieszyć cudownymi wakacjami. Ja nie daję się zastraszyć. Wczoraj potwierdziłam swój przyjazd do Turcji na cały sezon i rozpoczęłam proces wizowania.


Nie widzę wielkiej różnicy w stopniu zagrożenia atakami terrorystycznymi, obojętnie czy jestem w turystycznym miejscu w Turcji, czy korzystam z metra w Berlinie.


Oczywiście, można zostać też w Polsce, racząc się atrakcjami Bałtyku, które też do końca bezpieczne nie są. Wielkie bitwy parawaningowe i hipotermia są stałym zagrożeniem ;).



DISCLAIMER: Opis sytuacji w Turcji i szacunek realnego zagrożenia to tylko mój subiektywy punkt widzenia.

środa, 9 marca 2016

Eğreti, czyli Turecka metoda konserwacyjna.


Nie ma nic bardziej niesamowitego w swym artyzmie, niż turecka prowizorka. W języku tureckim - eğreti.
Prowizorce może podlegać wszystko. Od prostej naprawy mebla do skomplikowanych spraw biznesowych.


Mieszkając w Turcji na przykład nigdy nie zostawiałam laptopa podłączonego do sieci. Awarie prądu (i to nie tylko w czasie burzy) zdarzają się bardzo często i o spalenie jakiegokolwiek sprzętu jest bardzo łatwo.
Mąż mojej koleżanki (Turek) doprowadza ją do szału swoim zwyczajem odłączania od sieci czajnika elektrycznego, suszarki i innych wszelkich urządzeń zasilanych magią z gniazdka. Oczywiście, jego nawyk ma swoje uzasadnienie w obawie przed zniszczeniem lub pożarem spowodowanym spięciem.
Sama sieć energetyczna też potrafi wyglądać jak utkana przez pijanego pająka. Przewody energetyczne wiją się ponad ulicami niczym węże w pijanej orgii.

Ostatnio czytałam artykuł z dziennika Hurriet w którym napisano, że prawie jedna trzecia tureckich wind nie powinna być użytkowana ze względu na kiepski stan techniczny.
Sama się o tym przekonałam, gdy wraz z koleżankami po fachu postanowiłyśmy wybrać się na drinka do pewnego klubu znajdującego się na dachu budynku w centrum Kuşadası. Na obcasach nikomu nie uśmiecha się wchodzić na piąte piętro po schodach, więc skorzystałyśmy z windy. Winda ruszyła i... zatrzymała się w połowie pierwszego piętra! Siłą udało nam się otworzyć drzwi i wydostać z tej metalowej pułapki. Od tej pory, gdy tylko mogę to korzystam ze schodów. I zdrowiej - i bezpieczniej. Jedyna winda z której korzystam regularnie w Turcji to słynny Asansör w Imirze.


Wszystkie te prowizorki to jednak nic w stosunku do tego, co tureccy drogowcy zrobili na ulicy przy której mieszkałam. Jak większość osiedlowych ulic ta także przypominała swoim stopniem zużycia kratery na księżycu. Kostka brukowa swoje lata świetności miała już dawno za sobą, a dziury powstałe w wyniku jej wykruszenia zasługiwały tylko na jedno miano - epickie. Trzeba było się nieźle namęczyć wspinając się tą dość stromą ulicą, by nie zwichnąć sobie kostki. Dojście w obcasach do mojego lożmana można było porównać do wspinaczki na Rysy.
Pamiętam taki czerwony samochód, co sobie zaparkował na środku tej drogi. Ponieważ byłam w Turcji i niejedno w temacie parkowania już widziałam, to tylko lekko się zdziwiłam, czemu ktoś tego starego rzęcha zostawił na środku drogi, skoro na poboczu jest sporo miejsca. Dopiero mijając auto znalazłam powód - cala przednia oś samochodu była wyrwana.
Jednak pewnego dnia pojawiło się światełko w tunelu - zmaterializowała się ekipa budowlana, zaparkowała ciężkie maszyny, wysypała piasek i zaczęła zdzierać starą kostkę. Tydzień później ekipa się zwinęła i naszym oczom ukazało się takie dzieło:



Egreti.
Kurtyna.